Mołdawski kogel mogel – czyli wizyta w kraju, który nie istnieje

Mołdawia, w swoim obecnym kształcie – jako niezależne, europejskie państwo, funkcjonuje od niedawna, bo od roku 1991, kiedy to nastąpił rozpad ZSRR. Jako młode państwo, które z dnia na dzień znalazło się w nowej rzeczywistości, wciąż uczy się stawiać samodzielnie kolejne kroki. Po parafowaniu umowy stowarzyszeniowej z UE, wydawać by się mogło, że dalszy kurs jest oczywisty. Jednak, nie do końca…

W kraju nastroje społeczne są podzielone niemal po połowie – co przekłada się na równie dwubiegunowy układ sił politycznych. Część obywateli popiera dążenie do pogłębiania integracji z Unią Europejską, a nawet ideę zjednoczenia z Rumunią, druga połowa, natomiast, opowiada się za umocnieniem współpracy z Rosją. Nastroje proeuropejskie widoczne są przede wszystkim w młodym pokoleniu – wśród tych, którzy urodzili się w Republice Mołdawii i nie pamiętają czasów Mołdawskiej SRR. Pokolenie to, pomimo powszechnej znajomości j. rosyjskiego, na co dzień posługuje się j. rumuńskim. Co ważne – rumuńskim, nie mołdawskim. Język mołdawski to trochę taki komunistyczny wymysł, wykreowany dla celów propagandowych – mający podkreślać odrębność Mołdawii od europejskiej Rumunii. Język mołdawski jest praktycznie tożsamy, za wyjątkiem kilku regionalizmów, z j. rumuńskim. Choć niektórzy uważają, że to rumuński tak naprawdę jest dialektem j. mołdawskiego. Tak, czy inaczej, mołdawska inteligencja twierdzi, że posługuje się rumuńskim… Natomiast, starsze pokolenie, po 1991, znalazło się w dość „dziwnej” sytuacji. Bo posługując się j. rosyjskim przez całe swoje dotychczasowe życie, nagle przyszło im obudzić się w kraju, którego nowy, oficjalny język, jest im nieznany. Tyle w teorii. W praktyce, Mołdawia po dziś dzień jest dwujęzyczna. Rosyjski słychać na ulicach równie często, co rumuński. Obydwa te języki funkcjonują zamiennie i naprzemiennie, choć często bywa też tak, że znając obydwa, używa się wyłącznie jednego (o drugim niejako „zapominając”), w zależności od politycznych przekonań i światopoglądu. Mołdawski kogel mogel ma jednak znacznie głębszy wymiar i nie ogranicza się wyłącznie do zawiłości natury językowej…

Otóż, na terenie Republiki funkcjonują dwa autonomiczne regiony, posiadające wszelkie znamiona niezależnych państw, jednakże nie będące uznawanymi podmiotami na arenie międzynarodowej.

Pierwszym z nich jest Gagauzja (w j. gagauskim: Gagauz Yeri). Autonomia ta, powołana w 1994 roku, położona jest w południowej części Republiki Mołdawii. Nie stanowi zwartego obszaru – obejmuje cztery enklawy. Główna z nich, zajmuje obszar pomiędzy stołecznym miastem Komrat, a Ceadir-Lunga. Druga koncentruje się wokół miasta Vulcanesti, a dwie kolejne – to enklawy o charakterze wiejskim – Karbalia oraz Kipcak. Tradycyjnie, do Gagauzji przynależą miejscowości, zamieszkiwane przez ponad 50% Gagauzów oraz te, które wyraziły wolę przyłączenia do Autonomii na drodze referendum – w praktyce powierzchnia quasi-państwa ulegała (i ulega) drobnym zmianom. Gagauzi mają swoją flagę, godło, hymn, lokalny parlament (Halk Toplusu) oraz gubernatora (Baskana), pełniącego funkcję głowy państwa. Językami urzędowymi są: gagauski, mołdawski (tożsamy z rumuńskim) i rosyjski. Gagauski, choć stanowiący narodowy język Gagauzów, ma mniejsze znaczenie na terenie Autonomii, aniżeli rosyjski, będący w powszechnym użyciu. Gagauzja jest najbiedniejszym regionem Mołdawii. „Region Mołdawii” – to stwierdzenie najlepiej obrazuje różnicę pomiędzy Gagauzją, a drugim z autonomicznych regionów – Naddniestrzem. Jadąc na terytorium Gagauzji, Mołdawianie czują się nadal jak u siebie w domu. Owszem, zbliżając się do Komratu, na „granicy” wita nas, łopocząca na wietrze, gagauska flaga i obelisk, oznajmujący, że wkraczamy na terytorium Autonomii. Ale ruch przebiega płynnie – zupełnie tak samo, jak w Polsce, gdy przekraczamy granicę pomiędzy dwoma województwami. W gagauskich sklepach płaci się mołdawskimi lejami i, generalnie, w całej Gagauzji trudno odczuć, że jest się w innym państwie. Jedyną różnicą, względem Republiki Mołdawii, wydaje się być wyraźna prorosyjskość mieszkańców i większy prowincjonalizm.  Obszar Autonomii to nizinny teren o charakterze wybitnie rolniczym. W krajobrazie dominują przede wszystkim winnice i areały upraw kukurydzy. Okazuje się, że również Gagauzja ma swoje tradycje w produkcji wina. Produkowane tutaj wino charakteryzuje się ciekawą, różaną nutą smakową. Mimo wszystko, dysponując urodzajnymi glebami i rolniczym potencjałem, Gagauzja nie byłaby w stanie istnieć w pełni samodzielnie. Choć przejawia dążenia separatystyczne, to jednak stanowi integralną część Republiki Mołdawii i jako taka wymieniania jest w każdym z dokumentów prawnych – zarówno w Konstytucji Mołdawii, Statucie Gagauzji (będącym odpowiednikiem lokalnej ustawy zasadniczej) i Ustawie o szczególnym statucie prawnym Gagauzji.

Sytuacja wygląda nieco inaczej w przypadku Naddniestrza (oficjalna nazwa: Naddniestrzańska Republika Mołdawska). Jest to państwo, także nieuznawane na arenie międzynarodowej, rozciągające się wąskim pasmem wzdłuż lewego brzegu Dniestru. Do quasi-państwa należy także prawobrzeżne miasto – Bendery (Tighina). Stolicą jest Tyraspol. Do roku 1989 Naddniestrze było „zwykłą” częścią Mołdawskiej SRR. Obawy zaczęły się pojawiać w latach kolejnych na skutek forsowania przez mołdawskie siły polityczne idei ponownego zjednoczenia z Rumunią. Bunt wybuchł po rozpadzie ZSRR i wprowadzeniu przez Republikę Mołdawii języka mołdawskiego jako jedynego języka urzędowego (warto mieć na uwadze, że Naddniestrze było zamieszkiwane w większości przez ludność rosyjską i ukraińską). Wiosną 1992, Mołdawia rozpoczęła działania zbrojne, mające na celu przywrócenie kontroli nad zbuntowaną republiką. Stacjonująca w Naddniestrzu 14. armia rosyjska, początkowo nie reagowała; wojna przybrała bardziej krwawe oblicze w swojej końcowej fazie (czyli w 5. miesiącu), wówczas do kontrofensywy przystąpił rosyjski generał Lebied. Po zwycięskiej kampanii, miał on oznajmić (mołdawskim Władzom), że jeśli posuną się o krok dalej, to nazajutrz śniadanie zje w Tyraspolu, obiad w Kiszyniowie, a kolację w Bukareszcie. Niewiele później podpisano pakt pokojowy… Naddniestrze, podobnie jak Gagauzja, posiada własną symbolikę (flagę, godło, hymn), lokalny parlament oraz prezydenta. Ma także swoją walutę – naddniestrzańskiego rubla. W Naddniestrzu do dziś stacjonuje 14. armia rosyjska, strzegąca „pokoju” na tym obszarze. Naddniestrze uchodzi za relikt komunizmu – jakkolwiek jego prawdziwe oblicze w pozytywny sposób zaskakuje. O ile Gagauzja, jest regionem najbiedniejszym, o tyle w Naddniestrzu widać „bogactwo”. Tutejsze miasta są całkiem zadbane i panuje w nich względny porządek. Owszem, na każdym kroku spogląda na nas wiecznie żywy Lenin, czy bohaterscy generałowie – Potiomkin i Suworow; jest także sowiecki Czołg Wyzwoliciel, ale z drugiej strony widać tu postęp i pewnego rodzaju nowoczesność na tle całej Republiki Mołdawii. Bogactwo tego obszaru opiera się w dużej mierze na przemyśle. To tutaj, wzdłuż Dniestru, zlokalizowane są największe elektrownie w kraju i produkowane jest 90% energii. To tutaj zlokalizowane są największe i najważniejsze zakłady przemysłu ciężkiego – zwłaszcza produkcji stali. Zatem, Naddniestrze czerpie zyski z eksportu. Eksportu – także do Mołdawii. Ponadto, Naddniestrze otrzymuje ciągłe wsparcie ze strony Federacji Rosyjskiej – zarówno w formie bezpośrednich subwencji, jak i w formie znacznych zniżek na dostawy gazu ziemnego.

Wizyta w Naddniestrzu, zdecydowanie, przypomina wizytę w odrębnym kraju. Sami Mołdawianie przyznają, że nawet dla nich, wizyta w Naddniestrzu jest, jak wyjazd za granicę. Istotnie, udając się do Tyraspolu, granicę trzeba przekroczyć – najpierw mija się posterunki pograniczników Mołdawskich, następnie strefa buforowa, w której stacjonują żołnierze rosyjscy, strzegący „pokoju”, a na koniec postój na właściwej granicy – tej naddniestrzańskiej. Tu kontrola paszportowa. Z uwagi, że mowa o państwie nieuznawanym przez nikogo na arenie międzynarodowej (nawet przez samą Rosję), funkcjonariusz nie wbija nam żadnej pieczątki do paszportu – otrzymujemy jednak osobną karteczkę z pozwoleniem na wjazd (maksymalnie na 24 godziny), której należy bezwzględnie pilnować i zwrócić przy powrocie… Po pomyślnym przejściu kontroli – wjechać możemy na teren, de facto, odrębnego państwa. W codziennym życiu zwykłych mieszkańców, istnienie granicy stanowi nic innego, jak po prostu utrudnienie. W skomplikowanych relacjach na linii Mołdawia – Region Autonomiczny istnieje wiele paradoksów. Przykładowo, w Tyraspolu działa Uniwersytet, jednak jego dyplomy, poza Naddniestrzem i, ewentualnie, Rosją, nie są uznawane – czyli zasadniczo są bezużyteczne. Obywatele Naddniestrza – chcąc wyjechać za granicę, muszą uzyskać paszport – mołdawski, rosyjski lub ukraiński. Władze w Kiszyniowie taki paszport wystawiają bezproblemowo, bo przecież Naddniestrze jest częścią Mołdawii, a Naddniestrzanie – jej obywatelami… Obywatele Naddniestrza na co dzień posługują się naddniestrzańskim dowodem osobistym. Wielu z nich pracuje w Mołdawii. A zatem – wyjeżdżając do pracy, każdego dnia muszą na granicy okazać paszport. Po powrocie do domu, znów „przesiadają się” na naddniestrzański dowód. Co najistotniejsze – nie widać agresji. Mołdawianie wydają się być pogodzeni, że na dobre utracili kontrolę nad Naddniestrzem, z kolei Naddniestrzanie wierzą, że któregoś dnia ich kraj zyska uznanie na arenie międzynarodowej – a poza tym, pod protekcją rosyjską, żyje im się całkiem nieźle. I tak cały ten skomplikowany układ funkcjonuje – ot, zwykła, mołdawska codzienność.

 

Tekst i zdjęcia: Szymon Galas