TYBET – O dziewiątej w Parku Klejnotów

Zegar w Parku Klejnotów zatrzymał się na godzinie dziewiątej.
Kiedyś w parku rzeczywiście było wiele klejnotów. Każdy z Dalajlamów, odkąd uczynili to miejsce swoją letnią rezydencją, budował tu swój pałac. Każdy z pałaców był klejnotem. Dziś został tylko jeden pałac. A zegar w nim zatrzymał się na godzinie dziewiątej. Pałac Potala może i jest piękny i majestatyczny, ale potrafi też być ponury i zimny. Komnat w nim tyle, że chyba nikt nie zliczy. Oficjalnie niby 999, ale kto tam wie naprawdę? O tajemnicach podziemi pałacu krążą legendy. Nic więc dziwnego, że Dalajlamowie woleli znaleźć sobie nieco wygodniejsze miejsce, w którym mogliby spędzać krótkie tybetańskie lato. I tak zaczęła się historia Parku Klejnotów. Zaczęła się w XVIII wieku. Skończyła 17 marca 1959 roku, o godzinie dziewiątej.

Kiedyś to miejsce tętniło życiem. Stawy zamieszkiwały ryby, po bujnych ogrodach przechadzały się pawie i jelonki, mnisi i urzędnicy rządowi snuli się po schludnych alejkach. Tylko pospólstwo nie miało tu dostępu. W parku budowano coraz to nowe pałace. Po 1959 roku sytuacja się odwróciła. Zwierzęta zabito, ryby zjedzono, pałace zbombardowano, nieliczni mieszkańcy uciekli. A komu się nie udało, ten podzielił los zwierząt. Na długie lata po klejnotach zostały gruzy. Na gruzach pospólstwo ćwiczyło się w ideologii komunistycznej, a w wolnej od indoktrynacji chwili grało w madżonga.

W końcu odbudowano jeden z pałaców. Ten, który należał do Czternastego Dalajlamy. A na przełomie lat 70-tych i 80-tych XX wieku nawet pozwolono tu wejść wysłanej przez niego z Indii ekipie, której przewodził rodzony brat tybetańskiego przywódcy, który zresztą w latach 50-tych zaprojektował pałac. „Tutaj Dalaj jadł, tutaj spał, tutaj spotykał się z matką” – trajkotał beznamiętnie chiński przewodnik. „Wiem, sam to miejsce zbudowałem! Lepiej od was wiem co i gdzie tu było!” – brat Dalajlamy w końcu nie wytrzymał. „Tu Dalaj chodził na spacery, a tu spotykał się z przedstawicielami wielkiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej” – niezrażony przewodnik kontynuował recytację wyuczonego na pamięć tekstu. Ale dlaczego zegar zatrzymał się na godzinie dziewiątej, tego nie wiedział.

10 marca 1959 roku mieszkańcy Lhasy mieli dość. Przez kilka lat znosili coraz bardziej nieznośną chińską obecność w ich mieście i kraju. Mimo napływających fal uchodźców ze wschodu, informacjach o rzeziach i aresztowaniach, pierwszej w historii klęsce głodu w Tybecie. Wiele byli w stanie wytrzymać. Ale gdy rozniosła się wieść, że zagrożone jest życie Dalajlamy, nie mieli wyjścia. Wylegli na ulice i otoczyli Park Klejnotów, nie pozwalając Dalajlamie go opuścić. Został więc w środku. Ale sytuacja była już na granicy wybuchu. Chińczycy zagrozili, że ostrzelają ludzi i zbombardują pałac. Trzeba było uciekać. Żadne negocjacje nie miały już sensu. Jedyną szansą dla Tybetu była ucieczka do Indii, gdzie można było opowiedzieć światu, co dzieje się w Krainie Śniegów. Pod osłoną nocy, w przebraniu, 17.marca Dalajlama zbiegł. Niedługo potem na Park Klejnotów spadły bomby.

„Mój dziadek pomagał mu opuścić pałac” – drżącym i cichym głosem opowiada mi nasz tybetański przewodnik – „a potem był jednym z tych, którym kazali oglądać ciała. Nie wiedzieli, że Jego Świątobliwości udało się uciec. On wiedział, ale nic nie mówił. Udawał, że szuka jego ciała pośród dziesiątków pokrwawionych zwłok.”

Dziś w Parku Klejnotów nie ma już krwi. Nie ma też pałaców pozostałych Dalajlamów. Został tylko jeden. Ten, z którego ostatni tybetański przywódca uciekł 17.marca prawie 60 lat temu. Można tam wejść, oglądać jako muzeum. Nad schodami zegar zatrzymał się na godzinie dziewiątej. Chińczycy nie wiedzą dlaczego. Może nie chcą wiedzieć, może nie chcą pytać, a może nawet nie zauważyli. Może kiedyś ten zegar będzie ponownie wskazywał aktualną godzinę. Ale na razie stoi na dziewiątej. O tej godzinie Dalajlama przekroczył próg pałacu, by nigdy więcej do niego nie wrócić.

 

Tekst i zdjęcia: Filip Majkowski