Po śladach kaszmirskiej krwi

   Nasza wycieczka do Ladah i Kaszmir czeka na Ciebie! Szczegóły tutaj.

Tym razem biuro podróży Łachmański Travel zabrało swoich gości na wyjątkową wyprawę do Indii, ale Indii nie całkiem indyjskich. Poprzez północe peryferia subkontynentu jechaliśmy do Ladakhu na festiwal Tsecziu w klasztorze Hemis. Jednak aby tam się dostać przemierzyliśmy piękną, lecz naznaczoną wyjątkowo burzliwą historią, krainę Kaszmiru.

Kaszmir to właściwie raj na ziemi. Przepiękne jeziora, mogolskie ogrody, sady uginające się pod ciężarem owoców, majestatyczne góry i zielone doliny, łąki pełne cudownych kwiatów, piękni ludzie i krystalicznie czyste rzeki. Nic dziwnego, że właśnie to miejsce wybrali przed wiekami pandici, by tu zakładać swoje wspólnoty i stąd szerzyć duchowe nauki. Ale być może również to piękno i idylliczność sprawiły, że o kaszmirską krainę stoczono wiele bojów, a najbardziej zaciekła walka toczy się od połowy XX wieku po dziś dzień.

I podczas naszej podróży trudno było nie widzieć śladów tej walki. Choć w Śrinagarze, stolicy regionu, przyjmowano nas bardzo serdecznie i po dwóch dniach z żalem wyjeżdżaliśmy z miasta, nie sposób było nie dostrzec wszechobecnej indyjskiej armii, która chroni miasto i cały Kaszmir przed możliwym atakiem z Pakistanu, czy to w postaci otwartej wojny, jak zdarzyło się już trzykrotnie od 1947 roku, czy jako odizolowanych ataków terrorystycznych. Dla Kaszmirczyków jednak ta armia nie jest tam, by ich bronić, lecz by okupować miejsce, które w ich przekonaniu ma prawo do bycia niepodległym krajem. Tego prawa odmawiają im zarówno Indie, dla których Kaszmir jest ważny strategicznie, jak i Pakistan, który po podziale Indii w 1947 roku uzyskał część kaszmirskich ziem i chciałby mieć też pozostałe. Nie życzą sobie tego także Chiny, które dość nachalnie zaglądają tu od wschodu. Gdyby jednak jakimś cudem Kaszmir zaistniał na mapie świata jako kraj, jak długo by się utrzymał? Kto obroniłby jego mieszkańców, gdyby porzuciły go Indie, a Pakistan niechybnie wówczas przysłałby swoje wojska? Bardzo świeży przykład Krymu pokazuje, że takie zdarzenia wcale nie należą do przeszłości. Świadczą o tym również ledwo wyschnięte ślady kaszmirskiej krwi po wojnie o Kargil sprzed zaledwie 19 lat.

Aby dostać się do Leh, stolicy Ladakhu, wybraliśmy dłuższą drogę, przebiegającą przez tzw. „linię kontroli”. Pierwszy etap tej podróży, zajmującej cały dzień, biegł od Śrinagaru do Kargilu. Między nimi znajduje się przełęcz Zoczi, nie aż tak bardzo jeszcze wysoka, biorąc pod uwagę to, co nas czeka w samym Ladakhu, ledwie 3528 m n.p.m. Wczesnym rankiem wyruszyliśmy z przepięknie zielonej doliny, by powoli wspiąć się ku wysokim i gołym jak powierzchnia księżyca terenom otwierającej się na wschodzie Wyżyny Tybetańskiej. Na tych ziemiach doszło do krótkiej, lecz brutalnej wojny w 1999 roku, jak na razie ostatniej z dużych wojen o Kaszmir. W maju owego roku pakistańscy bojownicy-partyzanci, przebrani za kaszmirskich żołnierzy, przeniknęli granicę i zaatakowali drogę Śrinagar-Leh, a więc ważną strategicznie arterię północnych Indii, jedyną zresztą między tymi dwoma miastami. Najzacieklejsze walki toczyły się w okolicach ladakhijskiego miasta Kargil i leżącej na tej trasie miejscowości Dras. W Dras, które uchodzi zimą za drugie co do najniższych temperatur miasto na świecie, zatrzymaliśmy się na obiad. Docierając do niego, mogliśmy dosłownie oglądać tragiczną historię tego terenu, nie w muzeum, lecz w żywym świecie. Kiedy nasz samochód przejeżdżał wzdłuż pozostałości muru wybudowanego dla ochrony przed partyzantami, nasz przewodnik wskazał na góry, wyrastające prawie obok drogi. To stąd zeszli napastnicy. Te skały to już Pakistan. Dziś ludzie żyją tu jak wszędzie indziej, zajmując się handlem, rolnictwem i zwykłymi codziennymi sprawami. Gdyby nie świadomość świeżych ran, można by pomyśleć, że to czysta idylla, zwłaszcza że krajobrazy tu jak z bajki. Dziś Dras, a następnie Kargil odwiedzają liczni turyści, wracający z Ladakhu, albo, jak my, do niego zmierzający. Pędzą w samochodach i na motocyklach, a czasem i na rowerach. Gdziekolwiek by się nie zatrzymać, takich turystów jest cała masa. Gdy spotykaliśmy ich w knajpkach i na postojach, zastanawiałem się ilu z nich zdawało sobie sprawę z tak nieodległych trudnych wydarzeń. Większość z nich miała około dwudziestu lat, więc gdy w północnej części ich kraju toczyły się walki, byli jeszcze maleńkimi dziećmi. Tamta wojna, którą rząd Indii toczył pod kryptonimem „Operacja Vijay”, zakończyła się dzięki mediacji ówczesnego prezydenta USA Billa Clintona.

Nic chyba nie daje takiej wiedzy o świecie, jak wybranie się osobiście w miejsca, w których działa się historia. O różnych wydarzeniach można czytać książki, oglądać filmy i dowiadywać się o nich z internetowych serwisów, lecz dopiero wyprawa w te miejsca sprawia, że świadomość tej historii staje się żywa. Nawet najlepsza książka nie trafia do serca tak mocno jak dotknięcie ziemi, na której rozgrywały się ważne dla ludzkości zdarzenia. Gorąco polecam wyjazd z biurem podróży Łachmański Travel do Ladakhu i Kaszmiru, który otwiera oczy również na ten fragment historii dzisiejszych Indii.

 

Tekst i zdjęcie: Filip Majkowski